środa, 17 października 2012

SZANGHAJ DZIEN DRUGI

SZANGHAJ DZIEN DRUGI
Wczoraj przesadziłem z chodzeniem. Mam dwa odciski na stopach i zakwasy w udach. Więc ten dzień, obiecałem sobie, będzie lżejszy, mniej na piechotę a więcej siedzenia po kawiarniach, parkach lub innych przybytkach. I tak zrobiłem. A zanim to wszystko, to żeby jakoś podziękować moim gospodarzom zrobiłem poranną jajecznicę na pomidorach i cebuli, którą Pani domu, czyli Xiaofang, zjadła ze smakiem, aczkolwiek uznała, że jej owsianka z ryżu oraz knedliczki jakoś bardziej konweniują z godziną ósmą rano. Mnie jeszcze by kawa zakonweniowała, ale w domu nie było.
Właśnie - dom Xiaofang i jej chłopaka Ming. Mieszkanie na 6 piętrze w chronionym osiedlu z lat 70, przestrzenne (około 130 m) urządzone spokojnie i bez zbędnych mebli. Deski na podłodze, białe ściany, dwie łazienk, 4 pokoje z kuchnią i jadalnia, wielki taras. W dni powszednie przychodzi Pani do sprzątania. Czyli klasa średnia. Xiaofang pracuje w firmie handlującej mrożonymi warzywami z całym światem a Ming ma własny biznes. Bardzo uprzejmi ludzie, światli i całkowicie z naszej bajki. Mają dystans do tego co robią, lubią miasto w którym mieszkają, nie zgadzają się z tym co się w Chinach dzieje i uważają, że czas zmian powoli nadchodzi. Ale powoli, bo to jednak 1,2 miliarda ludzi i tak łatwo ich się zmienić nie da. Jednak globalność wioski powoduje, że przy winku z ryżu, które smakuje trochę jak whisky, można sobie o tym opowiedzieć i nie uraża to nikogo przy stole. To dopiero przy kolacji, bo poranek jest zawsze zbyt niepoukładany, aby poruszać tematy z grubej rury. Jajecznica przeszła do historii, a ja wyruszyłem do Shanghai Museum. W przewodniku napisało, że warto zobaczyć to miejsce, nawet jeżeli ma się w bardzo głębokim poważaniu tego typu instytucje a wizyta w nich kojarzy się jednoznacznie tylko i wyłacznie z filcowymi nakładkami na buty, coby błota nie nanieść na pozmywane.

Duże to muzeum jest a i owszem, ale bez dobrego przewodnika warto tam zajrzeć, podług mojej opinii, dla dwóch rzeczy. Ceramika i pieniążki. W żołnierskim skrócie - Chińczycy wymyślili porcelanę (po angielsku "china") i nie wymyślili pieniędzy (to akurat Fenicjanie). Chińskie pieniążki w swoich początkach wyglądały jak dziecięce łopatki do piasku z tym, że bez trzonków. Pierwsze wazy jakie wyprodukowano mają około 10 000 lat. To robi wrażenie. Te z dynasti Ming są piękne i dziś, choć mają 300 lat, ale te sprzed 10 000 naprawdę kłądą na kolana. I to tyle, jeżeli chodzi o muzeum. Tak, wiem, narażam się na ostracyzm społeczny, bom ingorant i cham, ale z muzeum to akceptuje jednynie Centrum Kopernika i to z bandą dzieci, bo wtedy można usprawiedliwić niezdrowy entuzjazm do efektu Dopplera na przykład.

Zakończyłem więc darmową wycieczkę (tak, muzeum jest bezpłatne) po tym architektonicznie osadzonym w głębokim socjaliźmie budynku i ruszyłem przez jeszcze bardziej osadonym w głębokim socjaliźmie placu ludzi (people's square) do dzielnicy, którą pozostawili po sobie wszyscy Ci, którzy najeżdżali Szanghaj w ubiegłym i wcześniejszym stuleciu (Brytole, Amerykanie etc, w najmniejszej ilości Francuzi), dlatego nosi ona nazwę French Concession.

Przyznam, że idąc uliczkami tego dystryktu czuć, jakby człowiek przeniósł się zupełnie w inne miejsce, gdzieś w Europie, bliżej może Amsterdamu, a może nawet Paryża? Wąskie uliczki, niskie zabudowania z szarej cegły, kafejki na chodniku wystawiające swoje paszcze w postaci dodatkowych stolików i gwar jak na Foksal w ciepły wieczór wrześniowy. Bardzo przyjemnie, choć trochę ą-ę. Pozostawiłem ten, jakto nazywał go Przybora - tłumek - i poszedłem w stronę parku Paxing. W pewnym momencie wydawało mi się, że go chyba minałem, choć na mapie był znacznie większy i właściwie ciężko go przeoczyć, kiedy zza budynku wyłonił mi się obraz spokoju, powolności i jakby w tej dość drogiej i eksluzywnej dzielnicy właśnie w tym miejscu czas zwolnił o 30-40% i sprzyjał nieśpiesznemu ruchowi starszych ludzi. Wielka łąka i ogrody zaprojektowane przez francuskich ogrodników pewnie wyglądają dziś inaczej, niż zaplanowano wtedy, ale swoją rolę spełniają znakomicie. Jedni ćwiczą coś a la TaiChi, drudzy grają w szachy, czy innego madzionga, a reszta po prostu siedzi w cieniu liściastych drzew, których nazwy nawet nie znam, i wdycha ciszę i spokój. Mnie też się udzieliła ta atmosfera i usiadłwszy sobie na ławeczce w cieniu obserwowałem ten względnym bezruch. Czasem ktoś przestawił gońca na czarne pole mówiąc "Szachuje" i wtedy wszyscy na chwilę milkli, czasem dziecko przebiegło za fontanną z okrzykiem entuzjazmu i radości, a czasem ktoś głośnąo odchrząknął ale nie splunął, bo tego już nie wolno w Chinach robić. Wszystko powoli i relaksująco. Jakby 500 metrów za budynkiem na krańcach parku samochody nie trąbiły na rykszarzy, rykszarze nie jeźdili pod prąd, a elektryczne skutery nie przyprawiały o zawał serca tych, którzy nie słysząc silnika pakowali im się pod koła na nielegalnych przejściach dla pieszych. A tu szum drzew i znowu szach mat.

Dalsza droga upłynęła pod znakiem wędrowania w tych mniejszych niż typowe szanghajskie uliczkach, gdzie w oknach wystawowych nierzadko pojawiały się marki typu Chanel, czy Prada. Choć skoro potrafią nasi przyjaciele zrobić salon iSpot bez licencji to kto wie, czy ta Prada nie przyjechała świeżo z regionu Hangzou. Tak czy owak, region jest inny niż cały Shanghaj, a może to cały Szanghaj jest inny niż French Concession, nie mnie rozsądzać na szczęście. Spacerkiem śmiało go można zrobić. Choć jeżeli szukać bym chciał wrażeń kulinarnych ( a w sumie zależy mi na tym i na dobrych miejscach do zdjęć) to raczej wolę okolice starego miasta.

Jest jeszcze jedna errata, którą chciałbym poczynić. Biję się w pierś moją, gdzie siną farbą ryby mam dwie wykłute, iż bardzo dobrej jakości centra handlowe nie różnią się absulutnie niczym od tych z Paryża czy Londynu. Wycofuję to co napisałem wcześniej. Zwyczajnie poszerzyłem gamę odwiedzonych placówek i okazało się, że da się. Można zrobić wodotryski w Szanghaju. Co prawda wymowa tych marek, jakie są tam zaprezentowane tak skrajnie różni się, od tej do jakiej przywykliśmy (Karefur czy Leroj Merlin to mały pikuś, przy tym co Chińczycy zrobili z Lorela lub chociażby Estee Lauder). NIe umiem tego przetranskrybować, ale uwierzcie mi na słowo - gdyby w milionerach poproszono was, aby odgadnąć markę, jaką zaraz wypowie chiński urzędnik państwowy, a w podpowiedziach po pół na pół i telefonie do przyjaciela pozostałby wam Loreal i coś skrajnie innego, wrócilibyście do domu z najniższą nagrodą gwarantowaną. Nie mówiąc już o tym, jak chińczycy nazywają Triumph. Tego też nie umiem przetworzyć na znane mi głoski.

Żeby się rozluźnić wybrałem ostatnią destynację tego dnia - centrum handlowe pod Muzeum Techniki - czyli innymi słowy chińskie wydanie bazaru Europa na koronie Stadionu XX lecia, w lepszej wersji, bo na łeb nie leci, ciepło oraz jasno jest. I kulturalnie. Wszystko do kupienia można tam znaleźć. Kurtki, torby, zegarki, okulary - wszystko sygnowane najlepszymi markami w cenach, które jednoznacznie świadczą o tym, że towary te nawet nie leżały obok ich zacnych pierwowzorów. Ale radość chodzenia i bycia nagabywanym jest wielka. Z założenia nie kupuję rzeczy, których nie chce ( choć cenię kontakty międzyludzkie i czasem śmieszna sytuacja sprawia, że daje się świadomie złapać) ale tym razem zachęciła mnie do wejścia w negocjację pewne Chinka, która prowadziła kramik z garniturami. A właściwie była bardzo sympatycznym interfejsem między wielką machiną krawiecką, a turystami. Zagaiła swoim "come and look, just looking" a potem powiedziała, że mogę sobie uszyć taki garnitur jaki chcę. Odpowiedziałem jej, że chcę ładny od zewnątrz, czerwony od wewnątrz i żeby miał moje nazwisko w środku, bo u nas w robocie to podkradają marynarki i jak się nie podpisze, to po południu już może nie być. I chciałem iść dalej. A ona na to, że OK i że she will give me a good price. Jeszcze nigdy nie szyłem garnituru na miarę, a ponieważ rozbawiło mnie to w jaki sposób przyjęła moją fanaberię z czerwoną podszewką, wszedłem całkowicie do środka i zacząłem opowiadać, że pochodzę z niezbyt zamożnego kraju i zanim powie jaka jest jej dobra cena, powinniśmy trochę pogadać, ja jej opowiem o krainie ziemniaka, wódki i wieprzowiny a ona skruszeje i da mi taką cenę, jakiej nie będę musiał nagocjować już ani trochę. Niestety nie przekonałem jej opowieściami i dała cenę dużo za wysoką. Odjąłem od tego 40% i wbiłem na kalkulatorze. Ona zrobiła wielkie oczy, pokazała znak, jakbym właśnie jej ulubionej kurze udydolił główkę i wbiła swoją cenę. Ja pokazałem jej jak się właśnie poczuła moja kura i uśmiałem się do łez. Byliśmy w pacie. Mnie się to podobało, jej chyba też, tylko że z samego podobania to miski ryżu sobie kobiecinka nie ukręci. Dlatego pokazała inną cenę, ja wiedząc, że to i tak za wiele wbiłem jedną, a potem, kiedy już widziałem że chce mi ją zmienić dodałem 20Y i powiedziałem, że to ostateczna cena, że i tak moja kura ledwo dycha, ona na to, że ok, jeszcze jedna dycha i jesteśmy kwita. Znów się uśmiałem. I tak zostaliśmy. Ja wiedziałem, że w Polsce z takiej wełny garniaka nie kupię (szczególnie z czerwoną podszewką) ona wiedziała, że jej marża na tym produkcie do dobre 70%, ale jeżeli Chińska ekonomia ma rosnąć 8% rocznie, to jednak ktoś tym biednym ludziom tę gospodarkę napędzać musi. Poczułem, że wykonuję przez ten zakup większy, wręcz globalny, plan.

Zmierzono mnie tu i tam, zapytano o szczegóły, Pani chciała jeszcze dwie dychy, ale pokazałem jej mój prywatny telefon komórkowy jako argument odbijający zapytanie ofertowe (czyli 8 letnią Nokię) i zrozumiała, że słabo stoję finansowo, skoro nawet ona ma iPhona a ja się muszą takim przedpotopem komunikować. Podziękowałem, zostawiłem zaliczkę i miałem nadzieję, że sklep nie zniknie do następnej środy, kiedy miałem odebrać zrobiony ciuch. I że jakoś będzie leżał. Jeżeli będzie.

Negocjacje zawsze trwają, więc wychodząc ze sklepu śmiesznej Pani patrzyłem tylko na zegarek, gdyż o 18:30 umówiłem się z Xiaofang, że zaczniemy gotować.

Ja miałem w zanadrzu broń ciężkiego kalibru, czyli pierogi z kapustą i grzybami (farsz przywiozłem z Polski w słoiku, żeby nie było że robiłem w Chinach) a Ona chyba 5 czy 6 dań z menu Szanghajskiego. Lepienie i upychanie w ciasto farszu poszło w miarę szybko, choć jak startowałem to sądziłem, że zaczniemy już jeść jej propozycje, a moje się będą dopiero wałkować. Na szczęście jej też się zeszło. Pierogów opisywał nie będę, za to jej część była imponująca. Zupa z tofu na wywarze z żeberek wieprzowych z pomidorami. Bardzo zacne. Warzywo przypominające pietruszkę usmażone na szybko z sosem sojowym i rybnym. Wyśmienite. Szparagi pocięte w paseczki na szybkim ogniu z krewetkami koktajlowymi. Bardzo bardzo. Szczypiorek z młodego czosnku smażony z czosnkiem i z kurczakiem bodajże. I z octem ryżowym. Pewnie jeszcze z czymś, ale nieprzekombinowane. I ogórek z papryczką czili w ocie i sosie sojowym. Pycha. Do tego winko ryżowe i dyskusje o polityce, ograniczeniu w ilości dzieci, o tym jak Japonia chce zabrać wyspy w granicy tych dwóch krajów. Jedzenie zbliża. Wycieczka na brzeg Żółtej Rzeki do centrum też. Wieczór w mieście zapowiadał się imprezowo, dla tych którzy nas mijali a my, po obejrzeniu Szanghaju nocą spokojnie, z uśmiechem na ustach udaliśmy się do domu, gdzie grzecznie poszliśmy spać. Szanghaj nie zając. Jutro też jest dzień.

PIERWSZE WRAŻENIA Z SZANGHAJU


Szanghaj to miasto zamieszkałe przez grubo ponad 23 miliony osób. Więc zalicza się do miast dużych. To widac od samego początku, bo sama jazda z lotniska, które co prawda jest poza miastem, ale linia metra sięga aż tam, zajmuje ponad dwie godziny do miejsca gdzie udało mi się znaleźć przyjazny kąt w domu niejakiej Xiaofang. O niej samej jeszcze troche później.

Szanghaj to miejsce, gdzie robi się biznesy ( dostęp do morza, porty, szybka kolej, dwa wielkie lotniska), gdzie świetnie można zjeść, pobawić się i ukulturalnić. Poza tym mam wrażenie, iż mimo swojej azjatyckości czuć tu ducha zachodu, z resztą potwierdzają to oznaczenia ulic po Chińsku i w transkrypcji naszym alfabetem, wiele osób stara się mówić po angielsku, turysta z aparatem nie wzbudza żadnych emocji, dostęp do internetu dla mieszkańców jest na tyle naturalny, że wpływy amerykańskie czy europejskie są zauważalne. Oczywiście do pewnych granic. Ale definitywnie Szanghaj jest bliżej Świata niż Bangkok. Podobno Singapur wyprzedza wszystkich, ale myślę że Szanghaj stoi w tej kolejce całkiem wysoko.

W Szanghaju czułem się bezpiecznie. Nawet nie dlatego, że często widziałem policyjne patrole, ale jakoś tak ludzie patrzyli na mnie życzliwie, właściwie nie zdarzyło mi się, żebym uśmnięchnąwszy się do kogoś na ulicy nie otrzymał takiego samego życzliwego uśmiechu spowrotem. Chodzą wąskimi uliczkami zapomnianymi przez większość mieszkańców, gdzieś na obrzeżach starego miasta byłem prawdopodobnie jednym białym gościem od kilku miesięcya mimo to nie wzbudzałem niemiłych emocji, a wręcz przeciwnie - sympatyczne odkiwnięcie głową zdarzały mi się nierzadko. Mimo tego, że widać iż byłem turystą, Turystą na którego Chińczycy mówią "Wielki Nos". Nie, nie chodzi tu o mnie, choć rzeczywiście ta część ciała jest umnie widoczna, choć nie nad wyraz. Chińczycy, z racji swojej budowy tego organu - dość głęboko osadzonego w czaszce - tak mówią na wszystkich zachodnich gości. Zwyczajnie - mi widzimy u nich charakterystyczne skośne oczy, a oni w nas widzą wielkie nosy. Podobno nie ma to przezwisko zabarwienia pejoratywnego, ale nie potrafię tego autorytatywnie określić, bo nie słyszałem na własne uszy jak ktoś woła za mną per Wielki Nosie. Ale to może dlatego, że nie wiem, jak by to było po chińsku. W Ameryce południowej jestemy Gringo, Tu jesteśmy wielkie nosy. Ciekawe jakby powiedzieli na nas eskimosi? Cienkie Swetry?

Ale od początku. Rano wraz z Xiaofang wyruszyliśmy o 8:00 na śniadanie. Jaki wielki nos mam wszelkie prawo wtykać wspomniany narząd gdzie popadnie. Dlatego pozwoliłem się zabrać do pewnego rodzaju baru dla lokalesow, gdzie zaserwowano mi pieczone na parze kulki z ciasta drożdżowego o wielkości pięści, których wypełnienie zależy od inwecji i humoru kucharza danego dnia. Mnie trafiła się zielona masa z jakieś łodygi oraz małych fasolek, wszystko połączone sosem sojowym i zaprawione grzybami shitake. Bardzo to smaczne jest. Druga kula była na słodko, wypełniona jakby słodkimi ziemniakami, do tego wszystkiego pierożki gotowane na parze, w środku wieprzowina w sosie, który wycieka za każdym razem, kiedy ugryzie się wybranego przez siebie pierożka. Wszystko popijaliśmy mlekiem sojowym z miseczki. Obk nas jedli starsi i młodsi ludzie, nie patrzyli się na mnie dziwnie, jakby zawsze w tej restauracji z rana wpadał jakiś wielki nos w wciągał (nomen omen ) śniadanie. Takie pożywienie jest syte, zdrowe i tanie. Do tego smaczne.

Obok baru znajdował się bazarek, skąd prawdopodobnie świeże ważywa są przynoszone przez Pana kucharza, który idąc przez rządek ze świeżą rybą, to rzuci okiem na kiszoną kapustę pekińską, a to uśmiechnie się do masarza, który właśnie obciął głowę młodemu kurczakowi, a na końcu zamawia warzyw zielone, cebuli dużą torbę i z radością wracado swoich garów, aby zrobić kolejne chińskie knedliczki.

W całym Szanghaju jest pewnie tysiąc takich barów, bo widać iż zapotrzebowanie jest poważne. Dużo osób przychodzi tam na śniadanie płacąc 10Y i najadając się do syta. W centrum miasta, bardziej widać droższe przybytki, ale wchodząc trochę pomiędzy duże budynki można znaleźć perełkim gdzie oryginalne danie z makaronem można kupić za 15Y i jeść na całkiem czystym talerzu a nad sobą mieć rozbrajający uśmiech w niepełnym uzębieniu w wykonaniu Pani Kelnerki. Wyśmienite.

Cały dzień spędzony na chodzeniu od Starbucksa do Starbucksa w celu połączenia się z internetem zakończył się kilkoma kilometrami w udach i dwoma odciskami na stopach, ale warto było. Po dwóch kafeteriach odpuściłem chęć zalogowania się do poczty (Chiny blokują dostęp do Googla, a w szczegolności do bloga, który leży właśnie na ich serwerach) i poszedłem tam, gdzie mnie nogi poniosły. Pętałem się od wielkich centrum handlowych, które wyglądają trochę jak połączenie Galerie Lafayette z domami kupieckim pod Pałacem. Czyli niby luksus, niby przepych a jednak trochę po azjatycku. Nie chcę wyjść na krytykanta, ale specyfika tych centrów jest właśnie taka. Pewnie nie widziałem wszystkich, pewnie są takie, że by mnie powaliło, ale te 4-5 które przejrzałem były właśnie takie. Z to marki jak na ulicach w każdej europejskiej stolicy. H&M, C&A, ZARA, GAP etc. I ceny jak u nas.

Zaszedłem także w okolice starego miasta, gdzie w odróżnieniu od poprzednich lokalizacji tłum turystów zadeptywał wszystko i tempie zastraszającym. Nie lubię takich miejsc, choć czując, że mogę stracić coś mimo wszystko dołączyłem do tego turystycznego potwora i dostałem się na główny rynek starego miasta. Był tam starbucks, ale nie spróbowałem się połączyć. Pomyślałem, że będąc w centrum rynku w Shanghaju czuję się jak Chińczyk, który stoi na rynku starego miasta w Warszawie. Niby "wow", a jednak okazuje się, że to replika, że odrestaurowano dla turystów i że owszem tak mogła wyglądać Pagoda w wiekach średnich, ale na pewno nie było tam na dole kawiarni. Ale poza tym ładne. Zrobiłem z przyzwoitości jedno zdjęcie. Za to dużo więcej zrobiłem fotek potem, kiedy zgubiłem się w uliczkach okalających tę część miasta. Jedny biały z aparatem. I zaglądałem gdzie się da. A może właśnie dlatego mówią na nas wielkie nosy? Bo wtykamy je tam, gdzie oni wcale by nie chcieli?

Zdaje się, że przez przypadek trafiłem do miejsc które usilnie wyburzano przed Expo i których Szanghaj pokazywać nie chce. To tak jakby na mokotowskiej ktoś postawil wóz drzymały i ogłosił się niezaleznym osiedlem fanów życia bez bieżącej wody. Proszę to sobie wyobrazić. Już? no więc tak to mniej wiecej wygląda. I ma swój azjatycki urok. I zapach.

A propos zapachu. W mieście poza osiedlami pokrytymi nalotem historii kwitną kwiaty z nieznanych mi chyba cytrusowych drzew (liście jak pomarańcze) pokrywając wielki obszar przepięknym, trochę jasminowym zapachem. Kiedy zaczyna wiać delikatny wiatr przynosi on zapach znad tych roślin i uderza, czasem nawet całkiem mocno, po nozdrzach powodując bardzo przyjemne uczucie komfortu relaksu. Taka aromaterapia na naturalnych składnikach. Widziałem nawet ludzi zbierających te kwiaty do torebek. Może sentyment nie pozwalał im dać kwiatom przekwitność a uzależnienie nakazywało zamrozić świeżo otwarte pąki i kraść im zapach codziennie rano przed śniadaniem wyjmując zmrożoną przepełnioną nimi torebkę z zamrażalnika? A może znów wymyślam?

Wieczór zastał mnie jedzącego kluski z wołowiną smażoną na woku w barze o nazwie tak nieczytelnej sama karta dań, na której wskazałem wylosowane znaczki z ceną i dostałem to co zjadłem. Takie losowania są fantastyczne, bo przeważnie dają dużo satysfakcji kulinarnych. Jutro też się zgubię. I też wylosuje jedzenie.

ps. Zwiedziłem jeszcze świątynie Konfucjusza, ale tak niewiele o niej wiem, że zdjęcia odzwierciedlą moje odczucia lepiej ode mnie.

SPANIE U LUDZI


Istnieje kilka sposobów przenocowania w danym mieście. Hotel, motel, schronisko czy dworzec kolejowy. Plusy i minusy zna każdy, ale nie każdy zna plusy spania u ludzi, którzy za pomocą internetu zgłaszają się do innych ludzi z których jedni chcą się mieć gdzie przespać, a drudzy to 'gdzieś' udostępniają. Ja znalazłem dwójkę bardzo sympatycznych młodych Chińczyków, którzy mnie przygarnęli, nakarmili, dali ręczniki, trochę owoców. Patrząc na nich, dochodzę do wniosku, że świat to globalna wioska, że nie ma możliwości powstrzymania procesu unifikacji krajów i mimo, iż dzieli nas kilka tysięcy kilometrów oraz wiele lat w różnych systemach gospodarczych, to ludzie normalni zachowują się normalnie niezależnie od szerokości geograficznej. Tacy są właśnie moi gospodarze. Gościnni, uprzejmi, rozmowni na wszelkie tematy, chętni pomóc i wyznający zasadę gość w dom Budda w dom. Pierwszy wieczór to tylko rozbiegówka. Sok jabłkowy kupiliśmy, żubrówkę wsadziliśmy do zamrażaki więc kolejna kolacja skończy się tzw wymianą doświadczeń i zbliżeniem obydwu kultur.

Latanie z Chińczykami


Pewnie wiele powiedziano na temat latania. Dużo dodać do masy tekstowej jaką wytworzono na ten tamat się nie da, więc na temat fizyki tego procesu pisał nie będę, ale ponieważ destynacją jakby nie patrzeć jest największe chińskie miasto, można się spodziewać, iż najliczniejszą grupą etniczną w samolocie będą właśnie mieszkańcy wspomnianego kraju. Przypomniałem sobie stary żart, jeszcze z czasów licealnych, kiedy usłyszawszy iż statystycznie co piąty człowiek na ziemi to Chińczyk, zacząłem standardowo odliczać wskazując na sąsiadów w zasięgu wzroku i pierwszy raz okazało się, że nie tylko 20% tej mini populacji to potomkowie dynastii Ming, ale całe 95% samolotu to oni. Nie pasowałem tam. Poczułem się jak w jakimś magicznym ChinaTown, szczególnie, że wszystko to działo się jeszcze na płycie lotniska we Frankfurcie.

Siedziałem więc trochę jak zaczarowany tym radosnym tłumem, tak innym i obcym dla mnie. Wspomniałem już, iż wyjazd ten był przygotowany w dwie godziny, poza tym jakiś wewnętrzny stres i niepokój zawitał na kilka dni przed wyjazdem w mojej głowie i cały czas metodą uśpionego laptopa pulsował diodą dając regularnie znać o sobie. Do tego w momencie, kiedy już siadałem na swoim wybranym na dzień przed wylotem, upatrzonym miejscu podeszła do mnie chińsko, a jakże, wyglądająca młoda dama i zapytała:
- hello. Change? three, three C?- i uśmiechnęła się do mnie pokazując garnitur ładnych, choć może trochę za żółtych zębów (nota bene skoro chińczyków nazywamy żółtoskórymi to pewnie nie powinien mnie dziwić wspomniany odcień uzębienia, a może to zbyt daleko posunięta dedukcja?)
- Yes. - Odpowiedziałem krótko nauczony doświadczeniem, iż generowanie bardziej złożonych zdań nie ma sensu, szczególnie do kogoś kto zdobył się na to, aby poprosić mnie o przesiadkę w czterech słowach zawierających dwie liczby, literę i orzeczenie oraz dużą dozę nadzieji na to, że będę na tyle lotny (to dobre słowo w samolocie) i zrozumiem, iż Pani chce siedzieć z Panem ale dano im bilety w innych końcach samolotu. Nie dalej jak pół roku temu sam byłem w takiej sytuacji, kiedy rodzielono mnie - ojca z dzieckiem od matki a Pani, która miała miejsce obok mnie na pytanie, czy nie mogłaby się przesiąść, bo dziecko bez matki to nie najlepszy pomysł odpowiedziała, że owszem - nie mogłaby się przesiąść.

Dlatego spokojnie zabrałem swój niewielki bagaż podręczny i przeniosłem się na 33C. Druga część samolotu żyła już zbliżającą się podróżą i wchodziła w chińskie wydanie ReiseFieber dając o sobie znać przebijającym przez szum odpalanych właśnie silników gwarem jak na targu z chińską porcelaną. Panowie jeszcze stali i wkładali torby do szafek na głowami, panie śmiały się do siebie głośno i naturalnie, starsi trochę bardziej ściszeni i pewnie z większym dystansem do wszystkiego, a może ze strachem, obserwowali bacznie co się dzieje. Miałem taki przedsmak gwaru kraju żółtej rzeki, nazwałbym to małym państwem środka dzięki państwu zgromadzonym w środku airbusa 320.

To jest pierwsza, choć krótka podróż bez małżonki mojej Zofii i oczywiście można powiedzieć, że to tylko tydzień z małym hakiem, że minie, że zaraz będą jej urodziny i zebranie takiej małej tęsknoty pomoże jeszcze lepiej przecelebrować dzień, kiedy Pani żona z dwójki z przodu zrobi sobie trójkę, ale moja natura hedonisty instynktownie chce trawić każdą chwilę i dzielić się z najbliższą mi osobą tym co widzę, czuję, słyszę. Tak przyzwyczaiłem się do tego, że wydarzenia możemy komentować i czerpać z nich razem, że teraz kiedy widzę roześmianych chińczyków, małą gromadkę która pozytywnie wpływa na nastrój naturalnie chcę się tym podzielić z Beti, ale nie ma takiej możliwość. Dlatego jeżdżenie samemu uznaję za formę niepełną, uboższą i niedająca pełni satysfakcji.

Tradycyjnie, jak w każdym z miast w których lądowałem stanałem przy wyjściu z terminala i przymrużywszy oczy powoli wciągnałem powietrze głęboko do płuc. Robię to po to, aby sprawdzić jak pachnie powietrze danego miasta, czy jest ciężkie od smogu, czy może wilgotne od deszczu czy w końcu przepchane aromatami, których czasem wcale nic chciałbym anihilować. Tym razem wciągnięcie powietrza nie dało żadnych efektów ubocznych. Nie poczułem wilgoci wyższej, niż ta do której przywykłem, zapach był całkowicie normalny i aż mi się nie chciało wierzyć, że jestem w Azji. To wszystko dlatego, że dotychczas pierwszy łyk powietrza zawsze dawał do myślenia, inspirował lub odstraszał a tu poczułem się jakbym wąchał jałowy wacik szukając śladu choćby jakieś lactobakterii. Nic zupełnie nic. Atmosfera taka jak nasza. Zwyczajna. ZwyChina.

Pomyślałem jednak, że brak zapachu na lotnisku świadczy o rozwoju technologicznym danego miejsca i jeżeli w takich kategoriach oceniać zaawansowanie danego kraju to w tym momencie Chiny są wyżej od USA, bo tam na lotnisku wyczuwało się delikatną woń śmietnika. A może to właśnie o to chodzi, żeby zrobić świetne pierwsze wrażenie i służby porządkowe robią wszystko, żeby pachniało zwyczajnością? Tak jak rosjanie przeganiają chmury w dzień defilad tak Chińczycy rozpylają neutralizator zapachów w powietrzu w okolicach Lotniska Pudong. A może to tylko taka moja paranoja?

wtorek, 9 października 2012

Frankfurt - dwa zdania

Lotnisko we Frankfurcie. Darmowy internet na pół godziny. Długa kolejka Chińczyków do bramki. Czekam aż tłum się przewali i wtedy pójdę do paszczy smoka. Powoli. Nieśpiesznie. Samemu nigdzie się nie śpieszy...

poniedziałek, 8 października 2012

To chyba najbardziej nieprzygotowany wyjazd...

Wydaje mi się, że wszystkie blogi zaczynam podobnie, ale teraz czuję, że to naprawdę najmniej przygotowany wyjazd. Jutro jeszcze na 3/4 dnia do pracy muszę iść, wiem czego nie dokończyłem, Karol ma katar i kicha, a Beti jest w Londynie. Jest za piętnaście dwunasta w nocy, a ja nawet jeszcze nie zszedłem po walizkę do piwnicy. Nie mówiąc o poczytaniu Lonely Planet...

Mam nadzieję, że ten luz, który sobie dziś zafundowałem nie przełoży się na brak emocji na miejscu. Nigdy tak nie było, więc zakładam, że i dziś tak nie będzie. 

Miałem kiedyś marzenie podróżnika-ekshibicjonisty, aby podczas podróży codziennie poddawać pod głosowanie cel każdego z następnych dni. Tak, żeby wędrówka była trochę uzależniona od tych, którzy śledzą poczynania, ale przez to trochę uzależniająca. Tym razem jednak to nie jest wyjazd, którym mogę poddać temu eksperymentowi. Ale korci bardzo...

Bo to będzie wyjazd tylko na półtora tygodnia. To tak jakby zacząć czytać książkę i w połowie odłożyć ją bo trzeba iść do pracy, albo zacząć gotować spaghetti i po wyjęciu makaronu z wody zjeść go ot tak. Niby głodnym się nie jest, a jednak to nie to. Dlatego zanim jeszcze do was przyjadę i sprawdzę jak wyglądacie od środka, obiecuję wam Chiny, że wrócę do was na dłużej, poznam was bliżej i może się nawet trochę zaprzyjaźnimy. A jutro tylko taką kurtuazyjną wizytę wam sprawię. 

Idę zrobić losowanie rzeczy na wyjazd. Znów będzie płacz i lament, że nie wszystko może pojechać. I znów będę chciał, aby plecak ważył 10 kg...